Islandia – wyspa paradoksów

road to hell

Kraj, w którym nie ma armii, policjanci nie noszą pistoletów, a mimo to w liczącej 350 tys. społeczności zarejestrowano aż 90 tys. sztuk broni. Co kompletnie nie przeszkadza statystyce – Islandia posiada jeden z najniższych współczynników przestępczości na świecie*.

Kraj, w którym woda lecąca z kranu jest krystalicznie czysta, a turyści i tak kupują w sklepach butelkowaną. 

Kraj, gdzie nie ma McDonalda. Ale nie dlatego, że Wikingowie są nastawieni antykonsumpcyjnie i korporacyjnie. Po prostu clowna wymiótł kryzys 2009 roku, który przetoczył się przez wyspę. Do zaprzestania działalności „restauracji” przyczyniła się słaba korona islandzka. Większość komponentów (w tym: mięso warzywa, pieczywo, sosy i lody) była sprowadzana z Niemiec, więc produkty tej sieci musiały przegrać walkę cenową z innymi barami, korzystającymi z lokalnych dostawców**. MC działał w Islandii od 1993 r. Na ironię zakrawa fakt, że oficjalnego otwarcia i degustacji słynnego burgera dokonywał Davið Oddsson, ówczesny premier, człowiek usunięty ze stanowiska szefa Banku Centralnego w wyniku gospodarczej padaczki. Ponoć w ostatnich dniach złote łuki przeżywały prawdziwe oblężenie – tworzyły się kolejki spragnionych pożegnalnego pocałunku z parajedzeniem (sprzedawano ok. dziesięciu tysięcy hamburgerów każdej doby). Czemu parajedzeniem? To wyjaśniam kilka akapitów poniżej.

Kraj, gdzie nie potrenujesz języka angielskiego, bo jest 17. polskim województwem. Biało-czerwoni stanowią tu największą mniejszość (oksymoron) liczącą koło 40 tysięcy osób. Według danych z publikatorów, na Islandii na koniec II kwartału br. mieszkało 353 tysiące osób. Gdyby przyjąć za bliskie rzeczywistości rozmiary imigracji z Polski na poziomie 40 tysięcy, Polacy stanowią ponad 11 proc. populacji wyspy. Według Eurostatu 1 stycznia 2017 r. Polacy stanowili 45,6 proc. wszystkich imigrantów w tym kraju. Druga z najliczniejszych grup – Litwini – liczyła 7,6 procent***.

Kraj, w którym przyroda zniewala, a jednak 9% Islandczyków cierpi na depresje****. Nie ma się co dziwić, jeśli przez większą cześć roku dominuje tu zmrok (w zimie co prawda nie panuje wieczna noc polarna jak w północnej części Grenlandii, ale w grudniu i w styczniu na całej wyspie tylko przez trzy – cztery godziny w ciągu dnia jest jasno). Ponoć właśnie wtedy popełnianych jest najwięcej samobójstw. 

Kraj, w którym Twoje letnie wakacje magicznie mogą przedłużyć się z 7 dni urlopu do 14. Jak? Otóż od maja panują tu „białe noce”, czyli zjawisko 24h jasności (słońce nie zachodzi całkowicie). Zatem swobodnie można zwiedzać non-stop.

Kraj, gdzie dostęp do alkoholu jest utrudniony. Zapewne ze względu na konsekwencje – być może większość mieszkańców w okresie zimowym zapadałaby w sen wieczny pod wpływem procentów. Kiedyś napoje wyskokowe były całkowicie zabronione – obowiązywała prohibicja, którą, co zabawne, w latach 20-tych częściowo zniesiono, obawiając się konsekwencji ekonomicznych. Otóż Hiszpania, będąca największym importerem ryb, chciała by współpraca handlowa między krajami przybrała bardziej bilateralny charakter, stąd jej rząd złożył potomkom Wikingów propozycję w sycylijskim stylu, czyli nie-do-odrzucenia. Z biegiem lat prawo się zliberalizowało, ale nadal zakup alkoholu na wyspie nie jest łatwy. W przeciętnym sklepie spożywczym go nie uświadczysz, a jeśli trafi się piwo, będzie ono miało max 2% mocy.

Kraj uznawany za bardzo postępowy – to tu kobieta została jako pierwsza prezydentem (Vigdis Finnbogadóttir / dziś Islandia ma premierkę otwarcie deklarującą lesbijstwo – Katrin Jakobsdóttir), legalne są małżeństwa jednopłciowe, lesbijki i geje mogą adoptować dzieci bez ograniczeń, a prawodawstwo daje obywatelom możliwość zmiany płci. Tu też Althing (parlament) przegłosował zakaz striptizu – był to pierwszy taki ban w Europie (nie licząc Watykanu). Z drugiej strony – jest to państwo z rosnącym problemem przemocy domowej i wyjątkowo łagodnym prawem dla przestępców seksualnych. Mimo że nie narzekają na przesadną liczbę więzień – ponoć jest ich aż pięć (sic!) i mogą pomieścić bagatela 150-160 więźniów – skazali 26 bankierów winnych kryzysu i załamania systemu bankowego w 2009 roku. Część z nich otrzymała karę 6 lat pozbawienia wolności.

A teraz dlaczego warto jechać na Islandię z rodziną:

  1. W lecie płacisz za 10 dni wakacji – otrzymujesz 20 (bo możesz zwiedzać 24h!).
  2. Wszędzie masz blisko – dystans pomiędzy poszczególnymi atrakcjami to z reguły kilkanaście – kilkadziesiąt kilometrów. Jesteś w stanie przejechać całą wyspę w ciągu kilku dni.
  3. Masz jedną prostą drogę – więc się nie zgubisz. Oczywiście, jeśli szukasz adrenaliny, zawsze znajdziesz ją na drogach oznaczonych literą F. No, ale wtedy nie jedź z rodziną.
  4. Mimo 2-3 milionów turystów rocznie, liczba cudownych przestrzeni, które warto zobaczyć na wyspie jest tak duża, że możesz liczyć na chwile ciszy, spokoju, odosobnienia, wyizolowania, a nawet samotności. To nie tak, jak w Polsce, że wszyscy turyści walą na krakowski rynek i Krupówki.
  5. Niemal 100% atrakcji (natura) masz za free, a dodatkowo woda jest niezwykle czysta, dzięki temu nie marnujesz pieniędzy na butelkowaną, przy okazji jesteś EKOsumienny.
  6. Jeśli Twój angielski jest januszowaty, a islandzki trędowaty, to nie musisz się stresować. Niemal w 9 na 10 miejsc spotkasz jakiegoś krajana. 
  7. Islandczycy wyglądają na dość surowych, nieco introwertycznych ludzi (ale czemu się dziwić skoro masz do czynienia z taką naturą wokół), rzekomo są też silnie nacjonalistyczni i ksenofobiczni, jednak z drugiej strony, jeśli tolerują nas, Polaków, to trzeba przyznać, że odznaczają się wyjątkową empatią. A serio – z rozmów z Lachami i Laskami (?)***** wyłaniał się wizerunek hardych, lecz finalnie bardzo przyjaznych jegomości, potrafiących przytulić, o ile Ty sam pokażesz im charakter i serce. No chyba że jesteś chamem… wtedy bądź kimś innym.

Dlaczego warto się zastanowić dwa razy przed wyjazdem:

A) Ten słynny islandzki wiatr faktycznie potrafi być mocny – z opowieści autochtonów wynika, że potrafi przesuwać auta z pasa na pas… Nam zwiewał tylko czapki, aczkolwiek pewnie mieliśmy szczęście.

B) Trzeba być czujnym za kierownicą – zasadniczo niemal każdy kawałek krajobrazu przykuwa uwagę i skutecznie odciąga od patrzenia przed siebie. Na szczęście często na drogach przed Tobą jest tylko pusta przestrzeń. Którą raz na jakiś czas wypełnia jakiś baran… I nie chodzi mi o człowieka, tylko prawdziwe islandzkie barany i owce, które nic sobie nie robią z tego, że jedziesz z prędkością 90km/h (w większości miejsc obowiązuje takie ograniczenie) i wskakują Ci przed maskę.

Refleksje ogólne, nieco dekadenckie:

– jest pięknie, jest naturalnie, wiatr wywiewa brudy, oddychasz pełną piersią, chłodzisz się wodą czystszą niż intencje mistrza Polikarpa. Patrzysz na czarne lodowce i myślisz sobie świat jest wspaniały. Po czym spoglądasz na samochód, którym tu przyjechałeś, diesel kuty na cztery łapy, a następnie dostrzegasz setki, tysiące nóg wysiadających z takich samych dieselków. I jakoś tak Ci wewnętrznie nieswojo się robi.

– ponoć jeszcze 2-3 lata temu były miejsca na wyspie, gdzie nikt nie słyszał o turystach. Dziś Islandia za sprawą Justina Biebera musi zamykać kanion, by nie został zadeptany…

– presja na lans w socialu, udział w wirtualnych zawodach na najbardziej wykręconą fotkę przybiera tak kuriozalne formy, że ludzie zamiast cieszyć się widokami szukają śmierci i to dosłownie – normą jest wchodzenie na tereny wykluczone dla turystów, gdzie znajduje się obszar ochronny lub jest niebezpiecznie. Nie pomaga informacja o karach – widok nastolatka zwisającego ze skały czy ludzi podchodzących do fal na plaży Reynisfjara nie jest rzadkością. Sam byłem świadkiem pana grubo po 60. pchającego się na klif, z lekko drżącymi nogami pośpieszającego partnerkę do naduszenia na spust cyfrowej migawki.

– brudzenie – się rozumie samo przez się – więcej ludzi, czasem brak elementarnej kultury i to niekiedy widać w tych najbardziej obleganych lokalizacjach.

Nieoczywiste sceny z wyprawy:

1) Lśnienie

Hotel pod wiszącą skałą. Tak można by określić to miejsce. Kiedy przejeżdżaliśmy obok nie miałem pojęcia, że to może być nasz “hotel”. Dopiero gdy GPS zaczął wariować zawróciłem. I wtedy ja zwariowałem. Czy to znaczy, że będziemy mieć taki widok z pokoju? Najlepsze było dopiero przed nami. Przywitał nas lekko łysiejący, krępy pan, z trudem komunikując się po angielsku, następnie przerzucając się na niemiecki, by finalnie ukazać swoją tożsamość wołając “Recepcja – to tam!”. W dużym holu hotelu wyglądającego nieco jak pokaźnych rozmiarów barak, uderzyła nas pustka i wyż znad Afryki… Z tej gorącej atmosfery wyłonił się właściciel. Wyglądał na zmęczonego życiem, co jeszcze mocniej zdradzało tempo z jakim wyrzucał z siebie zdania. Po każdej sentencji robił przerwy niczym Michał Urbaś po solidnym biegu interwałowym. Kiedy zapytałem go “You feelin’ alright?”, spojrzał mi głęboko w oczy, nastąpiła kilkusekundowa pauza, po czym odpowiedział “Yeeesss. Whyyyy youuu areee aasskinggg?”.
Gospodarz szybko (kolejny paradoks!) uciął wątek i oznajmił, że jesteśmy sami na obiekcie, dlatego możemy schować nasze rzeczy do kuchni hotelowej… pamiętacie jak było w Lśnieniu, hę? To teraz obczajcie ten korytarz ze zdjęcia. Na jego końcu znajdował się nasz pokój. Do dziś mam ciarki, kiedy wspominam moment pracy przy komputerze (szkoda, że nie maszynie) o 1 w nocy, w lobby, wypełnionym fotelami, stoliczkami, mini-barem oraz telewizorem. Duchota, światło jak za dnia, dźwięki dochodzące zewsząd i reminiscencje z Kubricka.

2) Ostatni hambuks

Ma 10 lat. Dokładnie tyle. Przyjrzyjcie się uważnie. To eksponat muzealny kupiony przez właściciela jednego z hosteli w Islandii i wstawiony w gablotę. Wcześniej był prezentowany w Rejkiawiku, wreszcie wylądował na zadupiu, czyli w miejscowości Þykkvibær, do której i my zawitaliśmy. Ponoć szczęśliwy posiadacz chciał oddać go islandzkiej instytucji dokumentującej historię kraju, jednak nobliwa placówka nie była zainteresowana. Głównie z powodu potencjalnych problemów z przechowaniem tak niecodziennego eksponatu. Jakich problemów ja się pytam? Hamburger + frytki są trzymane w zwykłym szklanym boksie, bez specjalnie inkubowanych warunków. I mają się znakomicie. Od dziś proponuję upowszechniać powiedzenie – zestarzeć się jak hambuks lub frytki z Maka – jeśli usłyszycie je od kogoś, pamiętajcie – to poważny komplement.

3) Ex-mistrz

Bardzo chciałem pojechać do Thórsmörku. Dostać się do tej doliny nie można ot tak po prostu. Pojazd 4×4 nie wystarczy, bo do pokonania jest rzeka i to nie byle jaka. Żadna masowa wypożyczalnia nie udzieli ubezpieczenia na zniszczone podwozie i zalany silnik. Dlatego dla zwykłych śmiertelników jedyną drogą jest kupno biletu autobusowego. Tak, autobusowego. Ale rzeczony autobus to nie żaden Ogórek, San czy inny tego typu wynalazek, to machina powstała z zaadaptowanej ciężarówki. Jedziemy, a w zasadzie zapier… po drodze pełnej kamorów. Chwila przerwy. Wychodzimy pooglądać panoramę. Przed nami lodowiec. Kontemplację zaburza mi milcząca obecność kierowcy na wyciągniecie łokcia. Patrzy na mnie i kiwa głową jakby zapraszał do rozmowy. Będąc dobrze wychowanym reaguje na te fatyczne sygnały zachęcające do small talku. “Wczoraj wygraliście z Turcją”, mówię licząc na ekstra punkty za towarzyskość. Kręci głową. Mruczy coś pod nosem. “Nie jesteś fanem piłki nożnej?”, dopytuję. “Jestem fanem off-roadu. 17-razy zdobywałem mistrzostwo kraju”, odpowiada. Można się było domyślić patrząc, jak pruł przez te islandzkie wertepy. Na tym jednak nie koniec historii i to nie on będzie jej bohaterem. Kiedy dojechaliśmy do schroniska (Volcano Huts), mieliśmy 2-3h na przechadzkę. Long story short – zabłądziliśmy, ergo istniało ryzyko graniczące z pewnością, że nie zdążymy na powrotny bus. Mimo ostrego sprintu, z 15 kilogramową córą na plecach i żoną, której odnowiła się kontuzja kolana, siedzącą mi na ogonie, mimo wyproszonych u czempiona kierownicy 10. minut w trakcie zadyszkowej rozmowy z panią w schronisku, polegliśmy. A mi przyszło tę porażkę oglądać z bliska, obserwując zakurzony, oddalający się w siną dal wehikuł. Wtedy, ni stąd, ni zowąd pojawia się ON, prawdziwy, anonimowy bohater tej opowieści. Zwraca się do mnie z mocnym bałkańskim akcentem: “We can still catch them if you want”. Of kors, że I want. Inaczej przepadnie mi bilet za krocie, nocleg za jeszcze większe krocie i konieczność kiblowania w schronisku za krocie największe. Tyle tylko, że ŻONA. Bez ONA byłaby tylko Ż. Jest tam na szlaku i za moment tu będzie. Jego reakcją był grymas za(roz)wodu na twarzy. Schował się do chaty szybciej, niż się z niej wyłonił. Tyle go było. Za to nadbiegła / nadkuśtykała (niepotrzebne skreślić) moja wyczerpana i dzielna połówka. Zacząłem, zrezygnowany, referować sytuację, ale nie zdążyłem, bo znowu objawił się ON. “We can still catch them if you want”. No teraz to już nie było co się zastanawiać. Wsiadamy do białego Defendera. Drzwi się nie domykają. Ale nic to. Pas się nie zapina. Ale nic to. Pędzimy 80km/h po autostradzie do nieba. Ale nic to. Ewa się boi (żona). Ale nic to. Róża się śmieje (córka). Ale nic to. Przed nami rwąca rzeka. Pytam naszego wybawcę czy wie, że kierowca autobusu to mistrz off-roadu. Nie odpowiada, patrzy przed siebie ściskając kółko. Wreszcie odwraca głowę w moją stronę. Rzuca krótko: “He was”, zmienia bieg i dodaje gazu. Wpadamy w rzekę po dach, przezornie włącza wycieraczki. Już nie jedziemy, po prostu płyniemy. Udaje się z prądem przeprawić na drugi brzeg, tam łapiemy ofiarę. ON usiłuje trąbić, klakson nie działa, co nie powinno nikogo dziwić, daje długimi, ale przecież na Islandii w lecie nie ma ciemności… W każdym razie – udało się. W każdym, nawet w każdym BĄDŹ razie, by podkreślić naszą wdzięczność – udało się – dziękujemy Ci NIEZNAJOMY.

4) Chór w gorącej wodzie kąpany

Jest takie miejsce w Islandii, gdzie śmierdzi, są muchy, trzeba się mocno napocić by tam dotrzeć, w pielgrzymce towarzyszą Ci tłumy baranów (serio, serio), nierzadko podchmielone. Docierasz i możesz się oparzyć. Ale i tak WARTO. Gdzież to, cóż to? To Reykjadalur (“Smokey Valley”). Sama przechadzka dostarcza niezwykłych wrażeń wizualnych i olfaktorycznych, natomiast kąpiel wśród otaczających wzgórz robi wyjątkowe wrażenie. A co jeśli dodasz do tego chór dorodnych samców, moczących owłosione łydki oraz brzuchy, którzy obłędnie wyśpiewują melodie na modłę “Gry o Tron”, tudzież “Władcy pierścieni”. Taka sytuacja.

5) Ciasteczkowy potwór

Widzieliście ostatnio gdzieś Cookie Monstera? Podpowiem, schował się w Rejkiawiku, poluje na źle zaparkowane auta turystów. Mam jednak dla Was tipa – daje się ubłagać za Prince Polo.

Oczywiste sceny:

Wyświetl ten post na Instagramie.

Nowhere #islandia #iceland #familytrip

Post udostępniony przez jakub mazz media (@john_runbo)

———————————————————————————————————-

*Crime Index
**cytat za http://islandianabis.blogspot.com
***dane za bankier.pl
****dane za https://icelandnews.is
*****Lachowie – potoczna nazwa stosowana przez Słowian wschodnich oraz niektóre ludy tureckie na określenie Polaków

Leave a Reply

Your email address will not be published.

*

© 2019 Och, ten Mazurkiewicz. All rights reserved. Photos by Maz